O SZKOLE ZABAWOWEJ (artykuł Jolanty Dobrzyńskiej)

Każdy rodzic chciałby widzieć swoje dziecko zawsze radosne, żywe, spontaniczne, realizujące swoje pragnienia, a przy tym zaradne, chłonne wiedzy, odnoszące szkolne a potem życiowe sukcesy. Muszę Państwa rozczarować – nic z tych marzeń! Jak w każdej innej dziedzinie, tak i w wychowaniu obowiązuje zasada: im coś cenniejsze tym większym trudem trzeba za to płacić. Zasada ta daje pewną ulgę dzieciom, ale młodzież traktuje surowo.

Niech nie zwiedzie nikogo postać Pippi Langstrump, tytułowej bohaterki cyklu powieści Astrid Lindgren z lat 40. XX w. Ta urocza dziewięcioletnia dziewczynka, z piegami i marchewkowo-rudymi warkoczykami, mieszkała sama ze swą nierozłączna małpką i koniem. Mama wcześnie zmarła, tata – kapitan zaginął na morzu. Pippi ignorowała bądź odrzucała wszelkie próby ingerencji dorosłych w jej niezależne życie – uniknęła pobytu w domu dziecka, uniknęła też chodzenia do szkoły. Żyła jak chciała. Podziwiana przez rówieśników, górowała nad nimi inteligencją, fantazją, zaradnością, siłą charakteru i usłużnością. Proszę Państwa, przypominam, to jest tylko bajka. Wydaje się, że o wiele mniej realistyczna niż ta o Kopciuszku.

W bajkę tę wielu uwierzyło i chce w nią wierzyć nadal. Na początek opanowała ona wyobraźnię i umysły Szwedów. Rodzice, odprowadzający swe dzieci do szkoły, nie mieli najczęściej pojęcia jakich przedmiotów są nauczane, bo rozmowa o szkole mogła być opacznie uznana przez dziecko za represywną. System państwowy wytworzył mechanizmy prawne zawzięcie tropiące przejawy tzw. wychowawczych nadużyć w ramach rodzicielskiej opieki. 16-latkowi kupowano mieszkanie, by wyswobodzony spod opieki rodziców mógł żyć własnym życiem.

Opowieść o Pippi Langstrump otrzymała niespodziewanie w latach 70. swoje filozoficzne ”uzasadnienie”. Stała się obrazem ideologii zwanej myślą krytyczną, a dokładniej jej nowej metody (nie)wychowywania o nazwie ANTYPEDAGOGIKA (opisanej przeze mnie w artykule p.t. W sieci nurtów wychowawczych). Sympatyczna skądinąd Pippi występowała w licznych aranżacjach filmowych powieści, obnażając hipokryzję dorosłych. Zacierała się powoli granica miedzy bajką a powstającym nowym międzynarodowym programem edukacyjnym.

Luminarze nurtu antypedagogiki przeciwstawiali się rzekomemu terrorowi jakie doświadcza dziecko ze strony dorosłych, ich wychowawczym manipulacjom i tłamszeniu młodej osobowości. Byli zwolennikami skrajnego wychowawczego permisywizmu, oznaczającego przyzwolenie na… wszystko. Na każdą wybraną przez dziecko aktywność lub brak aktywności, na pełnię swobody autokreacji, na niezależne wybory etyczne. Powstały w świecie szkoły, nazywane szkołami demokratycznymi, w których dziecko wszystko może ale niczego nie musi. W szkołach tych dziecko samo organizuje sobie zajęcia lub korzysta z zajęć organizowanych przez innych, może ale nie musi się uczyć, może ale nie musi przystępować do egzaminów, ma nieograniczoną swobodę życia towarzyskiego. Jedynym ograniczeniem jest nie robienie szkody innym, czego strzegą ustanawiane przez dzieci procedury. Status dzieci i dorosłych jest równy, a głos równoważny.

Według organizatorów szkół demokratycznych wspomniana metoda winna wychowywać młodych ludzi na spełnionych, umiejących odnaleźć się w życiu, sprawczych, twórczych, odpowiedzialnych, empatycznych, znających siebie i mających poczucie własnej wartości. A w rzeczywistości? W rzeczywistości jest to bajka. Taka sama jak o sympatycznej Pippi Langstrump. Przed kilkunastoma laty delegacja z polski odwiedziła dużą, wzorcową szkołę demokratyczną w Danii. Dzieci bawiły się w co chciały. Wydawało się, że panuje nieustanna przerwa w lekcjach. Uczniowie prowadzili swój sklep, swoją pocztę, swój tzw. ośrodek zdrowia, dysponowały własnym promem, a nawet pociągiem z lokomotywą i czterema wagonami. Delegacja weszła do dużej, świetnie wyposażonej biblioteki, aby omówić wrażenia. Padło pytanie o czytelnictwo. Okazało się, że w ostatnim półroczu nikt nie wypożyczył żadnej książki. Później, w prywatnej rozmowie dowiedziałam się, że do tej wzorcowej duńskiej szkoły uczęszczają niemal wyłącznie dzieci z domu dziecka. Dla ucznia przyzwyczajonego do nieustannej zabawy nie ma bowiem edukacyjnej przyszłości.

Opisałam te dwie bajki – literacką fikcję i bynajmniej nie bajeczną nową rzeczywistość – ku przestrodze polskich rodziców. Szkoły demokratyczne właśnie wkroczyły energicznie w granice naszego kraju, korzystając z luki jaką daje nauczanie domowe.

Jolanta Dobrzyńska (Absolwentka Politechniki Warszawskiej i nauczycielka. Pracowała w szkołach, w Radzie Szkół Katolickich oraz w administracji na stanowiskach: zastępcy dyrektora departamentu w MEN, naczelnika oświaty w warszawskim samorządzie, zastępcy burmistrza Dzielnicy Ursus m.st. Warszawy, kierownika i wykładowcy w Radzie Szkół Katolickich. Jest członkiem Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP. W ramach zainteresowań – wieloletnie samodzielne studia w obszarze tematycznym obejmującym współczesne nurty wychowania i zagadnienia pokrewne z zakresu pedagogiki i polityki edukacyjnej. Społecznie harcmistrzyni, współtwórca Niezależnego Ruchu Harcerskiego, autorka programu wychowawczego ZHR. Publikacje: opracowania tematyczne w wydaniach zbiorowych, tworzonych dla celów kształcenia dyrektorów szkół i nauczycieli oraz artykuły w „Arkanach”, „Wychowawcy” i „Naszym Dzienniku”.)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s